• I wtedy wchodzę ja, cała na biało... - czyli o zdjęciach i Instagramie słów kilka


    Jak to się stało, że moje konto na Instagramie przeszło prawdziwą przemianę, a ja na nowo pokochałam fotografię? Chętnie Wam o tym opowiem i to wcale nie w wielkim skrócie. 

    Ostatnio kompletnie się zapomniałam i przez kilka miesiecy skupiałam tylko na koncie na Instagramie, które przeżyło w 2019 swój wielki rebranding. Stąd właśnie mała ilość postów tutaj, ale postaram się dotrzymać słowa i pisać regularnie także tutaj. A kto wie, może z czasem ruszę z newsletterem, innym niż ten o nowych postach, ale o tym kiedy indziej.

    Na wstępnie też zaznaczę, że post nie jest sponsorowany, nie jest współpracą, ani płatną promocją, a pojawia się w nim wzmianka na temat zakupionego przeze mnie kursu. Do rzeczy...

    O tym, że cały mój istagram i bloga ogarnia biel wie już chyba każda osoba, która mnie zna. Na pewno wiedzą to Ci, którzy zaglądają do mnie na Instagram, aby poczytać co tam w codzienności słychać, albo po prostu po to, aby zobaczyć nową fotkę :) A także Ci, którzy zerkają co słychac na blogu.

    Jak to się stało, że na motyw przewodni moich zdjęć wybrałam właśnie biel? Zacznijmy od początku. 

    Jest początek roku 2019, właśnie kupiłam pierwszą lustrzankę i obiektyw. Zaczynam rebranding bloga i konta na instagramie, które z modowych mają się stać bardziej lifestylowe i kosmetyczne. Z bloga znikają posty ze starymi stylizacjami, a z konta na insta zdjęciowy misz-masz. Staję wówczas przed pytaniem co dalej, jak to wszystko ma wyglądać? 

    W poszukiwaniu inspiracji przekopuję insta i pinterest, oglądam setki fotek na tumblr i znane mi sprzed lat blogi. Dochodzę do wniosku, że biel, która na blogu towarzyszy mi od tak wielu lat wcale nie jest złym pomysłem i nie warto na siłę jej zmieniać. Ale tu pojawia się problem zdjęć, bo przecież dopiero kupiłam aparat, wcale nie jestem wziętym fotografem i wszystkiego uczę się sama. 

    Cykam fotki kręcąc bezmyślnie pokrętłami na lustrzance i ustawiając parametry, o których gdzieś kiedyś usłyszałam. Efekt? Jestem kompletnie niezadowolona ze zdjęć jakie robię i powoli zaczynam żałować, że w ogóle miałam czelność pomyśleć, że będę robić ładne zdjęcia. 

    Image - 234765] | I Have No Idea What I'm Doing | Know Your Meme
    fot. https://knowyourmeme.com/photos/234765-i-have-no-idea-what-im-doing

    Robię zdjęcia w domu koszystając z tego co mam pod ręką. Fotka wazonu? Jest. Fotka swetra? Jest. Fotka szklanki? Jest. Ale co z tego, skoro wygląda to przeciętnie. A już na pewno nie tak jak sobie to wyobrażałam. Fotki są ciemne (mimo jasnego obiektywu), gdzieś poucinane, zrobione pod jakimś dziwnym kątem, albo kompletnie bez sensu. 

    Metodą prób i błędów szukam własnego stylu. Szukam tego czegoś co sprawi, że fotografowanie będzie dla mnie przyjemnością i swoistą odskocznią od codzienności. Od zawsze kochałam robić zdjęcia, ale nigdy nie miałam sprzętu, który pozwoliłby mi rozwinąć swoje możliwości. W liceum nawet zajęłam II miejsce w konkursie fotograficznym na 750-lecie miasta Krakowa, robiąc fotki cyfrówką, którą dostałam od mamy na Święta. Oczekiwania miałam bardzo wysokie, chyba czasem próbuję być zbyt wymagająca  i krytyczna wobec siebie i to mnie na początku zgubiło. Chciałam od razu być mistrzem, perfekcjonistą, podczas gdy nawet nie zaczęłam się uczyć i zagłębiać w temat. Zrobiłam setki, a może i tysiące zdjęć, z których żadne, tak jest, żadne nie ujrzało światła dziennego. Dlaczego? Bo byłam z nich niezadowolona. Dzisiaj macie jedyną i niepowtarzalną okazję ujrzeć jakie zdjęcia robiłam, a które kompletnie nie były tym czego oczekiwałam od siebie. Przedstawiam zdjęcia z cyklu "co autor miał na myśli i do czego to miało pasować".  

    Zdjęciowy misz-masz jaki miałam kiedyś na swoim insta powrócił, a przecież nie taki miałam cel. Fotka na stole, na fotelu, cośtam cyknięte z góry, coś ucięte, tu jakiś kwiatek, kubek... W międzyczasie oglądam te wszystkie piękne konta na insta i wzdycham do cudnych, spójnych zdjęć. Chcę mieć takie konto, ale w głowie mam także to, że reaktywuję bloga i potrzebuję fotek także tutaj. Przecież nie dam rady zrobić fotek, żeby opublikować je tu i tu, bo jak ma to niby wyglądać? 

    Przez dłuższy czas stoję w miejscu, ale publikuję swoje pierwsze posty na blogu i na instagramie. Fotki, które wtedy zrobiłam nie są już takie najgorsze, ale brakowało im punktu wspólnego, którego szukałam. Jest prawie połowa 2019 roku, a ja jestem kompletnie załamana i zrezygnowana. Poziom frustracji osiąga maksimum i porzucam marzenie o pięknych zdjęciach. Jest jak jest, lepiej nie będzie, może po prostu brakuje mi talentu. Przeczytałam przecież już tyle porad, a nadal nie robię zdjęć jakich chcę, a co gorsza, nawet nie wiem w jakim mają być stylu. Mam dość, ale nadal marzę o pieknym blogu i koncie na Instagramie. 

    Wtedy całkiem przypadkiem, kolejny raz wertując najpiękniejsze konta na insta trafiam na konto Oli @wild.rocks. Ma dziesiątki tysięcy obserwatorów i właśnie promuje kolejną edycję kursu "Insta metamorfoza". Myślę, kurde, przecież tego właśnie mi potrzeba, metamorfozy! A nóż doznam olśnienia, a jak nie to przynajmniej się dowiem się czegoś ciekawego. Bez większego zastanowienia kupuję kurs Oli i w napięciu czekam na jego rozpoczęcie. Jeśli jeszcze nie znacie Oli, zajrzyjcie koniecznie na jej konto @wild.rocks

    Wkręcona w tą całą perspektywę zmian jakie mnie czekają i pod wpływem opinii o kursie piszę do Oli na insta. Jak ona to robi, że na koncie i na jej stronie wszystko ze sobą współgra? Wiem, jestem jedną z tysięcy, które napisały wiadomość, ale dostaję odpowiedź. I wiecie co? Ta odpowiedź zmienia moje myślenie. 

    "Przecież mozna robić na fotki na insta i wykorzysywać je potem na blogu" - jakie to proste, no nie? Dostaję jakiegoś mózgowego odblokowania i dociera do mnie, że przecież to czego szukam mam od lat, cały czas pod nosem - białego, minimalistycznego bloga. Skoro blog od lat jest biały, część osób już go zna, kojarzy nazwę czy mnie, to czemu by tej bieli nie wykorzystać także na zdjęciach czy instagramie? Skoro chcę żeby fotki na blogu były jasne, a zarazem spójne z instagramem, to czemu nie robić jednych zdjęć, które wpasują się tu i tu. Serio musiało mi to zając tyle czasu i musiałam zawracać tym głowę innym? 

    Zaczynam kurs w samolocie do Singapuru, lecę na wakacje i wszystko jakby staje się jasne. Spójność, to tego mi było trzeba, a teraz już powoli wiem jak ją osiągnąć. Dotarło do mnie, że tematyka mojego insta czy bloga jest zbyt obszerna, lifestyle i kosmetyki, aby łączyć ją drobiazgami. "Łącznikiem" do osiągnięcia zdjęciowej równowagi musi być coś, co pozwoli sfotografować przedmiot czy sytuację dając wszystkim zdjęciom ten wspólny mianownik. Biel jako element wspólny zdjęć zdaje się być idealnym strzałem. 

    Jest przecież na blogu od lat, łatwo ją "przemycić" na zdjęciach jako tło czy dodatek. Nie zaburza odbioru przedmiotu fotografowanego, a wręcz uwydatnia go. Poza tym ma tak wiele odsłon i odcieni, struktur, faktur, że nigdy nie jest w stanie się znudzić. Jest subtelna, czysta i mnie osobiście bardzo dobrze się kojarzy. Zaczynam niemal widzieć na biało i dostrzegam, że w razie potrzeby fotki, które mi są potrzebne mogę zrobić w przeróżnych miejscach. W domu u mamy, we własnej sypialni, na komodzie, na dywanie, a nawet w hotelu będąc na wakacjach. Przecież, czy nie wspólnym mianownikiem większości hoteli jest właśnie BIAŁA pościel? 

    W międzyczasie dalej cykam fotki, ale teraz robię to bardziej świadomie. Oswoiłam się z aparatem, metodą prób i błędów wiem, co wygląda dobrze, a co niekoniecznie mi pasuje czy się podoba.  Poza tym już wiem co i jak mam fotografować, aby osiągnąć ten efekt, który zawsze chciałam uzyskać. Pierwsze zdjęciowe testy przynoszą mi satysfakcję. Byłam torchę zaskoczona jak wiele możliwości daje mi biel w tle i dodatkach na zdjęciach. Fotki zestawione obok siebie, wreszcie mi się podobają, wygladają spójnie. Mimo, że na zdjęciach nadal jest wiele różnych rzeczy, czasem kompletnie do siebie nie pasujących, to biel jako motyw przewodni spaja wszystko w całość. 

    W efekcie końcowym dochodzę do wniosku "hej, to mój znak rozpoznawczy". Od beznajdzienych fotek, dramatów podczas obróbki, walki z aparatem i od poszukiwania własnego zdjęciowego stylu docieram do punktu, w którym jestem dziś. A pracę jaką wykonałam nad swoimi zdjęciami, nad tym, aby nauczyć się tego co umiem dziś, zawdzięczam tylko i wyłącznie sobie. To bardzo satysfakcjonujące.

    Nie tylko moje fotki przeszły długą drogę aby być takie jakie są dziś. Nie są perfekcyjne, czy niewiadomo jak niesamowite, odpuściłam to sobie, bo te fotki są moje, charakterystyczne. A dzięki nim nie tylko blog przeszedł przemianę, ale także mój Instagram przeszedł prawdziwą metamorfozę. A zdjęcia przed i po chyba mówią same za siebie.


    Pozdrawiam,









    Zajrzyjcie także na
     
    Udostępnij post:

    Prześlij komentarz

    Dziękuję za odwiedziny! Masz pytanie? Zadaj je w komentarzu :)

    Zapraszam Cię także na mój Instagram @saruliru

    My Instagram

    Copyright © Saruliru.com : blog Sary Paszkowskiej. Made with by Karografia