• Rozmowa o pracę, która nie powinna się odbyć...

     
    Jako osoba poszukująca swojej pierwszej pracy w Norwegii trafiłam na przeróżnych ludzi. Jedni byli bardziej chętni do rozmowy, innym to zwisało i nawet się z tym nie kryli, a jeszcze inni zaprosili mnie na rozmowę o pracę i różnie się to potoczyło. Dziś opowiem Wam historię, która spotkała mnie podczas poszukiwania pracy w Norwegii. Jeśli jednak chcecie dowiedzieć się jak tu w ogóle trafiłam to zapraszam do poprzedniego posta Mieszkam w Norwegii, czyli jak to się zaczęło? 

    Tuż po przyjeździe, jak już wspominałam w poprzednim poście, szukałam pracy przez internet. To było główne miejsce, w którym wyszukiwałam ofert i albo wysyłałam swoje CV na maila albo aplikowałam poprzez portal do rekrutacji. Bardzo często pracodawcy angażują firmy rekrutujące, więc niejednokrotnie trzeba było stworzyć profil na portalu i umieścić tam swoje CV, portfolio czy referencje. Aplikując na dane stanowisko poprzez wysłanie maila czy też poprzez jakiś portal rekrutacyjny niestety jesteśmy narażeni na to, że trafimy, a dokładniej nasze CV trafi na stertę CV innych osób. 

    Wiem, to wcale nie jest przyjemne uczucie wiedząc, że jest się jednym z wielu, dlatego oprócz wysyłania CV postanowiłam wybrać się osobiście z dokumentami aplikacyjnymi do firm, na których odpowiedzi zależało mi najbardziej. Oczywiście, że nie raz spotkałam się z ochroniarzem, który zawrócił mnie już przy drzwiach wejściowych, bo nie byłam umówiona, ale to mnie nie zraziło, a co więcej, dziś wcale tego nie żałuję. 

     

    "Sorry, pojechałam z córką do sklepu po świeczki" - czyli jak zmarnować czyjś czas.

    Wysłałam CV aplikując na stanowisko stylisty paznokci w salonie. Była późna jesień, ciemno robiło się już o godzinie 15.00, a pogoda nie zachęcała nawet do wyjścia na balkon. Następnego dnia po wysłaniu CV będąc w sklepie około południa odebrałam telefon od pani mówiącej po polsku, że chciałaby mnie zaprosić na rozmowę kwalifikacyjną. Pani przez telefon brzmiała normalnie, dało się nawet wyczuć lekkie podekscytowanie w jej głosie. Dogadałyśmy termin i następnego dnia miałam się zjawić na godzinę 18.00. Salon, w którym się umówiłyśmy oddalony był około godziny drogi autobusem od mojego miejsca zamieszkania. Dodam tylko, że jeździ tam autobus podmiejski, który kursuje raz na mniej więcej pół godziny. 
    Opracowałam więc cały, misterny plan dojazdu, co do minuty wyliczając wszystko. Nie znałam za dobrze miasta więc wszystko zawsze analizowałam przed wyjściem z domu. Na szczęcie salon był usytuowany tuż przy głównej ulicy, dosłownie naprzeciw przystanka autobusowego, więc nie musiałam długo szukać. Nie lubię się spóźniać, tym bardziej nie w takiej sytuacji, więc logicznym było dla mnie przybyć kilka minut wcześniej. Pod budynkiem pojawiłam się około 10 minut przed planowanym spotkaniem. Dałam sobie czas na zebranie myśli i zadzwoniłam do drzwi chwilkę przed 18.00. Tutaj firmy często mają zablokowane od wewnątrz drzwi i trzeba zadzwonić, aby ktoś otworzył. Dzwonek brzęczał, a ku mojemu zaskoczeniu nikt nie reagował. Postanowiłam zadzwonić jeszcze raz i ponownie wysłuchałam melodyjki dzwonka. 

    Przyznam, że pierwsza myśl jaka przeleciała mi wtedy przez głowę to oczywiście "po cholerę ja tyle jechałam", potem przeszło mi przez myśl, że może kobieta miała jakieś opóźnienie z klientką i nie mogła otworzyć, zdarza się. Skoro i tak już jestem na miejscu, a najbliższy autobus powrotny mam za jakieś 40 minut, to chociaż spróbuję zadzwonić do kobiety, z którą jestem umówiona, może stało się coś poważnego i musimy przesunąć spotkanie. Złapałam za telefon. Z każdym nieodebranym sygnałem moje ciśnienie rosło i jak już się domyślacie nikt nie odebrał telefonu. Zrezygnowana i wkurzona zasiadłam na przystanku naprzeciwko budynku w oczekiwaniu na autobus powrotny do domu. 

    Minęło jakieś niecałe pół godziny i nagle zadzwonił do mnie telefon. Wyświetlił się numer kobiety, z którą byłam umówiona i przyznaję, że w pierwszej chwili wahałam się czy w ogóle odebrać. Odebrałam... 

    - "słucham?"

    - "hej! Sorry, pojechałam z córką do sklepu po świeczki... jesteś jeszcze w okolicy?" 

    - "yyy... jestem, czekam na autobus. Byłyśmy umówione blisko pół godziny temu, mogła Pani zadzwonić wcześniej, że coś jej wypadło..." 

    - "jestem w drodze, zaraz będę, poczekaj proszę..."

    Byłam tak wkurzona, że nawet nie wiem jakby to można opisać. Cała ta sytuacja była już na tyle niepoważna, że doskonale wiedziałam, iż nie podejmę się współpracy z tą osobą za żadne skarby... niestety moja ciemna strona mocy, ciekawość, ale także potrzeba pracy nie pozwoliły mi jechać do domu. Dziś żałuję, że w ogóle zmarnowałam tam czas.

    Kobieta zjawiła się jakieś 10-15 minut po zakończeniu rozmowy... mój autobus do domu właśnie odjechał. Wysiadła z auta, rzuciła szybkie "sorry za spóźnienie" i zaprosiła mnie do salonu. Nie dałam po sobie znać, że już podjęłam decyzję o nieoglądaniu jej nigdy więcej i usiadłam na krześle, a kobieta wyjęła moje CV z torebki. Szybki wywiad gdzie pracowałam, jak długo jestem w Norwegii i zaproponowała, abym przedłużyła jej jednego paznokcia, żeby mogła zobaczyć moją pracę na żywo. Zrobiłam szybko jednego paznokcia, kobieta była bardzo zadowolona z efektu.  

     

    Po chwili rozmowy na temat paznokci padło magiczne pytanie "to kiedy mogłabyś zacząć?". Bez zbędnego zastanowienia zapytałam "a jaką Pani proponuje umowę i jakie byłoby moje wynagrodzenie?". Miałam wrażenie, że poczuła się nieco zaskoczona tym pytaniem. Nie wiem, czy myślała, że pominę kwestię wynagrodzenia oraz umowy, ale odpowiedziała wymijająco, że na początek będę tu na okres próbny, ale po okresie próbnym oczywiście stawka wzrośnie... zero konkretów. Zapytałam więc wprost "a tak konkretniej to jaką umowę Pani proponuje, na okres próbny jak rozumiem na początek, a potem o pracę czy na zlecenie?". Na to pytanie nie dało się już nie odpowiedzieć i tu właśnie dowiedziałam się, że tak naprawdę nie rozmawiamy o żadnej pisemnej umowie czy na okres próbny, czy zlecenia czy na cokolwiek... Pani chciała kogoś do pracy na zasadzie umowy ustnej - czyli "pożyjemy, zobaczymy", Ty przyjdziesz do pracy, a potem Pani bez wynagrodzenia Ci podziękuje... Miarka się przebrała. 

    Mój telefon dzwonił w torebce już kolejny raz, a kolejny autobus był tuż tuż. Zmarnowałam wystarczająco dużo czasu na tym bezsensownym i tak spotkaniu, aby przystąpić do zakończenia tej przedziwnej rozmowy. Skoro nie było mowy o żadnej umowie, a ja i tak z góry nastawiłam się na odrzucenie tej propozycji i zostałam jedynie z ciekawości co oferuje ta firma, rzuciłam jedynie "Dobrze, rozumiem, ale zmuszona jestem odmówić i bardzo przepraszam, ale spieszę się na autobus. Niezmiernie dziękuję za wspólne zmarnowanie czasu". Usłyszałam jedynie zdawkowe "Jak Pani chce" i na tym nasze spotkanie dobiegło końca.

    Wyszłam z budynku i postanowiłam oddzwonić do osoby, która próbowała się ze mną skontaktować trzykrotnie w trakcie tej dziwnej rozmowy... i wiecie co? Dostałam wtedy zaproszenie na szkolenie do pracy w norweskiej firmie, na której bardzo mi zależało i 1,5 tygodnia później podpisałam umowę :) Nie ma tego złego jak to się mówi. 

    Mam nadzieję, że moja historia, może dość dziwna, będzie humorystycznie odebrana, bo ja dziś z perspektywy czasu tak właśnie na nią patrzę. Ale niech będzie ona też przestrogą dla tych, którzy nie do końca potrafią być asertywni lub dla tych którzy szukają pracy i myślą, że to ich jedyna szansa bo nie znajdą niczego innego i mogą zostać oszukani przez tego typu osoby.

    Aby móc legalnie pracować w Norwegii, móc pozałatwiać wszelkie niezbędne formalności MUSICIE posiadać umowę o pracę, jeżeli nie jesteście tutaj na studiach czy w wyniku łączenia rodzin. Nie dajcie się oszukać kochani i nie dajcie się zatrudniać na podstawie umowy "na gębę".

    Mieliście jakieś dziwne doświadczenia z rozmowy o pracę? Podzielcie się :) 

    Pozdrawiam,









    Zajrzyjcie także na

    Udostępnij post:

    Prześlij komentarz

    Dziękuję za odwiedziny! Masz pytanie? Zadaj je w komentarzu :)

    Zapraszam Cię także na mój Instagram @saruliru

    My Instagram

    Copyright © Saruliru.com : blog Sary Paszkowskiej. Made with by Karografia