• Mieszkam w Norwegii, czyli jak to się zaczęło?





    Już dawno zastanawiałam się nad serią postów o moim życiu w Norwegii. Kilkakrotnie pytaliście mnie w prywatnych wiadomościach jak tu się żyje, jak praca, język, ludzie... Postanowiłam więc, że podzielę się z Wami moimi doświadczeniami z tego kraju. Każdy kto wyjeżdża za granicę ma swoje spostrzeżenia, doświadczenia i przemyślenia na temat danego kraju, ludzi w nim żyjących i codzienności jaka tu panuje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale i od wielu innych czynników, które wpływają na naszą opinię.

    Ludzie wyjeżdżają za granice z wielu powodów. Czasem to sytuacje losowe, miłość, względy finansowe albo po prostu ciekawość czy chęć zmian. Zdarza się, że planujemy wyjazd z wyprzedzeniem, załatwiamy wszystko zanim znajdziemy się w obcym kraju, ale bywa też tak, że decyzję o wyjeździe podejmujemy spontanicznie. Jak to było u mnie?


    Był rok 2015, niewiele oprócz pracy, w której swoją drogą się nie spełniałam, trzymało mnie wówczas w Polsce. Praca, dom, praca, dom... To właśnie wtedy zrobiłam sobie wtedy dłuższą przerwę od blogowania, robienia zdjęć, stylizacji, ale powodem tego był nie tylko wyjazd. Wyjechałam z powodów osobistych. Nie był to wyjazd na łapu capu, ale nie był też zaplanowany od A do Z. O tym, że wyjadę wiedziałam już blisko rok wcześniej, ale musiałam przed wyjazdem pozamykać w Polsce trochę własnych spraw i w efekcie końcowym wyjechałam ok. 10 miesięcy po podjęciu decyzji. Nie miałam żadnej wcześniej dogadanej pracy, bo nie znałam dokładnej daty swojego przyjazdu i ciężko byłoby coś zorganizować w ten sposób, nie znałam też języka norweskiego. Jedyne co wiedziałam przed wyjazdem to, że mam gdzie mieszkać. Poza zakwaterowaniem, oprócz zaoszczędzonej gotówki i dwóch spakowanych walizek nie miałam naprawdę nic.


    Jak to się zaczęło i jak było na początku?

    Norwegię, a dokładniej Oslo, pierwszy raz odwiedziłam latem, na kilka miesięcy przed przeprowadzką. Przyznam szczerze, że wtedy nie zostałam powalona ani oczarowana tym miastem. Mimo iż pogoda była naprawdę piękna, to ja nie zachwyciłam się urokiem norweskiej natury czy krajobrazu, gdyż w mieście zwyczajnie ich brak. Miasto samo w sobie ma kilka miejsc, które są naprawdę piękne, ale poza tym to zlepek kamienic lub budynków mieszkalnych poprzeplatanych ulicami i wjazdami do niezliczonych tuneli. Do tej pory na codzień mieszkałam w Krakowie, który ma swój specyficzny klimat. Przywykłam do niego przez tyle lat. Nie mam na myśli tylko Starego Miasta, ale także te stare osiedla, które po prostu coś w sobie mają, a przynajmniej są mi dość dobrze znane. Tak czy owak wiedziałam, że to właśnie tu zamieszkam za kilka miesięcy. Podekscytowanie mieszało się z niepewnością i niepokojem.

    Przeprowadziłam się jesienią, początkiem października. Już nie było słonecznie, a jedynie szaro, ponuro i tak zimno, że z jesiennej kurteczki od razu wskoczyłam w puchówkę... tak początkiem października, ja w kurtce puchowej... W Polsce kurtkę zimową zakładałam tylko wtedy, kiedy wiedziałam, że będę długo na zewnątrz. Zwykle jednak nie było mi zimno wychodząc zimą jedynie w jesiennym płaszczu, a tu nagle mnie zmroziło. Tu pojawiło się moje pierwsze zderzenie z norweską codziennością, pogodą oraz powiedzeniem, że nie ma złej pogody, a jedynie złe ubrania. Zatem ja zamarzająca w drodze do sklepu, ubrana w kurtkę i szalik, a dla kontrastu dzieci wracające ze szkoły w lekkich bluzach czy sweterkach...  Dodam, że przez pierwsze dwa lata nie wyszłam z domu w samym krótkim rękawku czy koszulce na ramiączkach, zawsze miałam na sobie sweter, bluzę czy kardigan... tak, latem też... Do dziś tego nie ogarniam. 

    Początki zawsze są trudne. Wszystko jest obce, gubisz się niemal na każdym kroku, aby potem wspólnie z Google Maps móc jakoś wrócić do domu. Kiedy nie masz swoich ulubionych miejsc i znajomych, niebędących akurat w pracy, ciężko zorganizować sobie wolny czas. Ileż można siedzieć przed komputerem? Na początku rzecz jasna poznawałam okolicę, w której mieszkałam. Wyjścia do sklepu po jedzenie czy kosmetyki stały się dziwną rozrywką, która nieraz bywała frustrująca, bo przecież mam ochotę kupić to czy tamto, ale w sklepie po prostu tego nie sprzedają. Po pewnym czasie wyruszyłam dalej "w miasto". Jak dziś pamiętam, że pojechałam do centrum kupić nową koszulę. To był mój pierwszy taki samotny "wypad" i oczywiście zakończył się tym, że totalnie nie wiedziałam jak mam wrócić do domu, bo skończył mi się internet w telefonie. Aplikacja po raz setny odrzuciła moją kartę, a facet w sklepie powiedział, że on pierwsze słyszy, żeby doładowanie kupować w sklepie, a nie w aplikacji... Nawet nie wiem ile czasu zajął mi powrót do domu, ale wiem, że to był jeden z bardziej stresujących dla mnie dni odkąd przyjechałam do Norwegii. 


    Poszukiwanie pracy? 

    Jako, że nie przyjechałam na gotowy kontrakt musiałam w pierwszej kolejności zająć się poszukiwaniem pracy. Szukanie pracy było o tyle trudne, że nie znałam języka norweskiego i mogłam porozumiewać się jedynie po angielsku. Przeglądałam oferty w internecie i trafiło się kilka takich, gdzie nie wymagano znajomości języka norweskiego, a jedynie biegłego angielskiego, ale od początku wiedziałam, że są to prace, których z różnych powodów się nie podejmę. Wiele z nich wiązało się z wyjazdem z Oslo, a przecież nie po to przyjeżdżałam właśnie tutaj, żeby zaraz znów się wyprowadzać. Ofert pracy w Oslo było mnóstwo, jednak znajomość norweskiego w większości była podstawowym wymaganiem. Mimo tego wysyłałam kilka CV dziennie, odpowiadając na ogłoszenia znalezione w internecie. Wyszłam z założenia, że skoro nie spróbuję to się nie przekonam czy się uda. Szukałam pracy głównie w branży beauty, bo to w niej miałam najdłuższe doświadczenie z Polski, i w efekcie końcowym się udało mimo wymaganej znajomości języka norweskiego.


    Czy miałam kryzys?

    Na to pytanie odpowiem krótko - tak. Pierwsze załamanie przyszło na początku pobytu. Początkowo siedziałam tylko w domu szukając pracy przez internet. Przez większość czasu siedziałam sama z komputerem. Codzienne rozsyłanie CV i często brak jakiejkolwiek odpowiedzi jest frustrujący, i to nie tylko w obcym kraju. Pamiętam, że wtedy powiedziałam sobie "jak nie znajdziesz pracy w przeciągu trzech miesięcy to albo wrócisz do Krakowa albo oszalejesz". Pracę znalazłam po ok. 4-5 tygodniach od przyjazdu i zostałam. 


    Jak jest teraz?

    Nauczyłam się tu funkcjonować, ale mimo tego czasami wciąż czuję się tu obco. Ludzie niejednokrotnie dają Ci odczuć, że nie jesteś stąd. Jak w każdym miejscu są rzeczy, które lubię, które mi się podobają i te, które wkurzają mnie na maksa... ale o tym kiedy indziej, to zdecydowanie temat na osobny post, albo i dwa. Codzienność jest raczej zwykła, nie ma w niej nic nadzwyczajnego, czego nie znaleźlibyście u siebie. Praca, dom, zakupy, znajomi, spacer, wypad do knajpy... 
    Obecnie mam stałą pracę, wolne weekendy (tego luksusu nie miałam w pierwszej pracy) i fajną ekipę, z którą uwielbiam spędzać wspólnie wolny czas. Brakuje mi może miejsc, do których chętnie wyskoczyłabym na weekend, tak jak robiłam to będąc w Polsce, ale bez tego też da się przeżyć. W Polsce bywam jedynie przez około 4 tyg. w roku i zawsze ciężko wraca mi się z powrotem do Oslo. Tęsknię za Krakowem, uwielbiam do niego wracać, nawet na krótko. Jestem jednak przekonana, że kiedyś na pewno wrócę tam na stałe. 



    Dajcie znać czy byliście kiedyś w Oslo. A może też mieszkacie za granicą i chcecie się podzielić swoimi doświadczeniami na temat Waszych początków w obcym kraju?

    Pozdrawiam,









    Zajrzyjcie także na

    Publikowanie komentarza

    Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

    My Instagram

    Copyright © Saruliru.com : blog Sary Paszkowskiej. Made with by OddThemes